Dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych podwórka
Hotel oferuje pięćdziesiąt kilka miejsc. Pokoje z ułożonych jak cegły solnych bloków wyglądają w środku jak igloo. Wszystkie wychodzą na duże patio, podparte słonymi kolumnami, choć przykryte tradycyjnym dachem. Nic dziwnego – gospodarz pokazuje mi zniszczenia wywołane przez zwykły deszcz. Dobrze, że nie pada tu zbyt często. Inaczej trzeba by budynek co roku odbudowywać. A tak wystarczy odbudować… raz na trzy lata. Z większych bloków zrobione są łóżka; ze specjalnie ociosanych – stoły i krzesła. Ze szczególnie dużych i pięknych bloków wykonane są rzeźby lam i ludzi stojące w patio. Nawet glazura i terakota w łazienkach to czysta, szlifowana sól, choć na szczęście sedesy i umywalki są ceramiczne. Jest za to słony bar z wysokimi stołkami z soli, słone fotele i sofy, a nawet słony basen wypełniony solanką. Właściciel oprowadza mnie po tym wszystkim z dumą.
Wieczorem siadamy we trójkę w przestronnym salonie przy świecach. Dzielę się z nimi coca-colą i ananasem - całą moją skromną kolacją. Gospodarze grają w grę planszową. Opowiadają o problemach z wodą i z samotnością.
Słuchają mojego sprawozdania z podróży i opowieści o egzotycznej Europie. Pokazuję im szkice ołówkiem w podróżnym notesie, stempelki w paszporcie, zdjęcia. Lamy z soli przyglądają nam się w migotliwym świetle świec. Za oknem przygasają ostatnie promienie słońca, a potem wschodzi księżyc w pełni. Nad białą równiną migocze całe morze gwiazd. Z tego miejsca wydają się bliższe, niż odległe światełka Uyuni.
- To wszystko imponujące – mówię do gospodarza, wskazując na ściany i rzeźby z soli – Ale tak naprawdę nie hotelu ci zazdroszczę, tylko podwórka.
- Tak – odpowiada, nagle zamyślony – Otwarte przestrzenie to doskonałość tego świata.

