incahuasi

Dla rowerzystów 100% zniżki

Duże ciężarówki z demobilu, które można gdzie nie gdzie w tej bieli spotkać, służą do transportu soli. Najpierw zgarnia się ją na mniej więcej półmetrowe kopce, potem ładuje szpadlami na samochód i wywozi. Ot i cała górnicza technologia. Biorąc pod uwagę cenę tego surowca, wydaje się, że to ostatni interes, na którym można zbić fortunę. A jednak komuś się opłaca. W niedużej odległości od brzegu salaru co rusz digging_saltnapotykam kopczyki przygotowane do załadunku.

 

W kraju, w którym nie ma lodówek, spożycie soli ma wielką i niezagrożoną tradycję, albowiem sól jest najtańszym i najłatwiej dostępnym konserwantem. W skrócie można ująć to tak: jeśli nie lubisz soli - w Boliwii jesteś stracony. Możesz spędzić całe godziny na rynkach i w sklepach w La Paz, szukając czegoś, w czym nie byłoby kawałka Salaru de Uyuni. Nie znajdziesz. Masło czy ser sin sal wykrzywią ci twarz dokładnie tak samo jak zwykłe masło i ser. Jeśli nie cierpisz soli, jedynym wyborem są owoce, marmolada oraz dulce de leche. Nawet te słodkości jednak słabo wchodzą w połączeniu ze słonymi bułkami.

 

Stojąc na środku Salaru de Uyuni, można być spokojnym o strategiczne zasoby surowca - nie ma obawy, że wyczerpią się jak srebro w Potosi. Ponoć są tu jeszcze ciągle miejsca, gdzie do transportu soli używa się lam. Dawniej karawany tych zwierząt, czyli trenes de llamas były powszechnym widokiem w Andach. Podróżując przez Salar można również odkryć, że sól to nie tylko produkt spożywczy - kilka kilometrów w głąb białej równiny napotykam dwa hotele, jeden przy drugim, w całości zbudowane z soli. Jeszcze nie przypuszczam, że dzięki samotności i gościnności właścicieli spędzę tu najbliższą noc…

 

camping in salar de uyuni

Mknę w głąb białej pustyni w stronę wysp, jednak 80 km dzielących mnie od celu nie pozostawia wątpliwości, że dziś będę musiał obejść się ze smakiem. Biel, biel i tylko biel… Popołudniowy, zwielokrotniony blask słońca mimo ciemnych szkieł nuży oczy. Bez okularów przeciwsłonecznych można by oślepnąć. Podłoże przybiera różne formy: czasem chropowate, czasem sypkie, gdzie indziej twarde jak asfalt. Niekiedy całymi kilometrami pokryte jest siatką wybrzuszeń w kształcie wielobocznych pierścieni. Przypomina to plastry miodu.

 

Góry na horyzoncie nie przybliżyły się ani o jotę – wciąż lekko falują w krystalicznie czystym powietrzu, niczym odległa fatamorgana. Jeszcze kilka kilometrów chropowatej bieli i decyduję się zatrzymać na noc. Choć raz wybór miejsca na biwak nie stwarza dylematu – wszędzie jest tak samo. Rozbijanie namiotu dość kiepsko mi idzie - podłoże to za twarde, to za miękkie, żeby porządnie powbijać szpilki. A co będzie, jeśli w nocy zerwie się wichura, albo w ciemnościach przejedzie po mnie ciężarówka? – kilka niespokojnych myśli kołacze się z tyłu głowy. To ta bezkresna równina tak mnie onieśmiela. W końcu udaje mi się ustawić jako tako mój przenośny domek i zabieram się za gotowanie zupy. salar de uyuni 2007Z solą nie będzie dziś problemów.

 

Nagle widzę człowieka na rozklekotanym rowerze, jadącego w moją stronę. To właściciel hotelu „Biały Pałac” – wsiadł na rower i przejechał kilka kilometrów tylko po to, żeby zaprosić mnie do siebie na nocleg. Musiał zobaczyć z daleka, jak walczyłem z namiotem. Nie od razu rezygnuję z frajdy biwakowania w jednym z najdziwniejszych miejsc na naszej planecie. Tłumaczę, że hotele, zwłaszcza te słone, za które trzeba słono płacić, nie są moją domeną. On jednak jest uparty i chce tylko mojego towarzystwa, a nie pieniędzy.

 

- Przypadkiem mamy dziś specjalną, stuprocentową zniżkę dla cyklistów – oznajmia.

 

- O tej porze roku nie ma żadnych gości – klaruje z uśmiechem – Czujemy się tu z żoną jak na jakiejś pustyni.

 

Akurat w to ostatnie skłonny jestem uwierzyć. Przyjmuję zaproszenie, tyleż z obawy przed wiatrem, co z ciekawości, jak też solny hotel wygląda w środku i kim są ludzie, którzy zdecydowali, że tutaj będzie ich dom.

 

<< wcześniejszy tekstczytaj dalej >>